Drogi Franku —
Kategorie

Drogi Franku —

Drogi Franku — rzekł pobłażliwie notariusz. — Przedmioty są wy­szczególnione dość dokładnie, nieprawdaż? Sprzączka od paska, prawidło z lewego bu­ta, guziki? Otóż to, bardzo dokładnie. Dwadzieścia dwa punkty. Zwraca się je drogą urzędową prawemu właścicielowi. Chyba nie masz nic przeciw temu? Nic. Co prawda nie wiem, co na to wszystko powie ciotka Patrycja, gdy przyniosę do domu na przykład kawałek osmalonego prawidła z buta. Pa­radne, jak Boga kocham. Może użyć tego jako rozpałki, porąbawszy na drobne drzazgi — zauważył rzeczowo notariusz. — Nic w naturze nie ginie, mój drogi Franku. Powiem więcej: martwe przedmioty, które wracają do swe­go posiadacza po tylu latach i z tak dalekiej drogi, są widocznie predysponowane do spełnienia jakiejś specjalnej roli w jego życiu. Powtarzam, jakiejś zu­pełnie specjalnej. Nie sądzisz? Czytałem niedawno z prawdziwym zainteresowaniem dość trafną roz­prawę na ten temat, nie pozbawioną, że tak po­wiem, głębi filozoficznej. Otóż, mój drogi przyja­cielu, jeśli przeznaczeniem ludzi kierują pewne, że tak powiem, prawa wyższego, niezbadanego dotąd rzędu, to przedmioty niesłusznie traktowane przez nas jako martwe również podlegają... Poprawił ostrzegawczo okulary i nadął się. Bardzo interesujące, bardzo — przerwał mu kapitan Griffits, blokując spodziewany wykład filo­zoficzny poczciwego Joe — bardzo interesujące. Pa­sek od spodni może, na przykład, spełnić rolę usz­czelniacza do słoików z dżemem Mrs Patrycji. Po to przypłynął do Seaford aż z Indii po dziesię­ciu latach. A rachunek z pralni hinduskiej może teraz posłużyć do przetarcia mojej fajki. Niepraw­daż? Zawsze w gorącej wodzie kąpany. — Nota­riusz Snyder ułożył wargi do pobłażliwego uśmiechu nie pozbawionego wyrazu przygany. — Ujmujesz sprawy przeznaczone do bardziej wnikliwego roz­patrzenia zbyt powierzchownie, mój Franku. Jak określa to Carlyle, żywot lub innymi słowy, istnie­nie przedmiotów zwanych martwymi... . Kapitan Griffits zdecydował się na grubiaństwo: Joe, jestem wściekle głodny, a lunch stygnie. Pozwól, że pożegnam\' cię do zwykłej cup of tea u mnie. Z przyjemnością wysłucham wtedy, co mó­wi Carlyle. Daj mi jiuż tę paczkę, jeśli mam narazić się koniecznie na słuszne szyderstwa ciotki Patrycji. Protokolarnie, mój drogi przyjacielu, tylko protokolarnie — uśmiechnął się notariusz Snyder i sięgnął po nożyczki. — Trudno. Już Rzymianie zdefiniowali pewne kanony, a między nimi i ten: „Dura lex sed lex\". A podstawą porządku społecz­nego jest przestrzeganie kanonów. Kapitan Griffits nic nie zrozumiał z formułki ła­cińskiej i lojalnie uznał się za pokonanego. Obser­wował w milczeniu i z niejakim zainteresowaniem proces otwierania paczki. Nosiła znamiona dalekiej i trudnej wędrówki: cerata, w którą była szczelnie owinięta, wykruszyła się po brzegach, mocny kono­piany szpagat nadwątlił się w wielu miejscach, a supły zbiły się w twarde gruzły jak nagniotki. Gdzieniegdzie pozostały ślady po wykruszonych pieczęciach z lakhj. i napisach skreślonych olejną farbą. A kształt... Pozwolisz, że przetnę nożycami? — mruknął notariusz, mocując się z opornymi gruzłami szpa­gatu. Oczywiście, tnij. Przecież to wszystko psiego kichnięcia niewarte. Kształt? Oczywiście zgadł: drewniana skrzynka do transportu mandarynek, czterdzieści osiem sztuk w jednej, cztery tuziny. Do licha, urzędasy w Vi-sagapatam nie mieli wiele kłopotów z wyszukaniem opakowania dla ruchomości kapitana Griffitsa. Na szczelnie przybitym wieczku skrzynki znać było ślady opalenizny. W ładowni s/s „Tuticorin\" znaj­dowało się czterdzieści tysięcy takich właśnie bliź­niaczych skrzynek — ładunek tysiąca dwustu ton mandarynek z portu Halavata na Cejlonie z prze­znaczeniem dla Kalkuty. Urzędasy nie mieli kło­potów ani zachodów,

Poprzedni - Punktu znaj­duje się
Następny - Po prostu wyrzucili

Strony pokrewne